Zadzwonił do drzwi i po chwili otworzyła mu dość wysoka kobieta z blond włosami i brązowymi oczami. Patrzyła na niego zaskoczona.
-God morgen- powiedziała po norwesku.- Dzień dobry.
- Dzień dobry- przywitał się Barton, również w tym języku, który znał dość płynnie.- Pani Solberg?
Blondynka przytaknęła niepewnie.
-Nazywam się Francis Burton. Przysłał mnie tu dyrektor szkoły, do której chodzi Pani syn. Wygrał w konkursie czytelniczym, tak?
Kolejne skinięcie głową.
- W nagrodę, szkoła ufundowała mu miesięczną wycieczkę do Nowego Yorku! A dokładniej wymianę między uczniowską- wyjaśnił.- Czy mogę wejść?
- Tak, proszę- kobieta zaprosiła go gestem do środka. Clint uśmiechnął się i wszedł, do całkiem ładnego i schludnego korytarza. Pani Solberg wskazała gestem, by szedł za nią i po chwili znajdywali się już w dużym salonie.
-Coś do jedzenia, picia?- zaproponowała.
-Nie, dziękuje- Hawkeye grzecznie odmówił, po czym zaczął opowiadać:
- Nasza szkoła, współpracuje od niedawna z jedną ze szkół w Nowym Yorku. Sądzimy, że integracja międzykrajowa da młodzieży jakiś ,,bodziec" do nauki języka. Choć Eryk nie ma chyba z tym większych problemów, tak?
- Wie Pan, on chodził do przedszkola anglojęzycznego...
- Naprawdę? To się nie dziwie, że ma takie świetne wyniki z tego przedmiotu- zaśmiał się Barton. Następnie podał kobiecie parę podrobionych papierów do podpisania i wyjął z kieszeni bilet na samolot.
- Wyjeżdżamy za tydzień- oznajmił z uśmiechem.
Pani Solberg odebrała od niego bilet, ale czytając datę wylotu zmarszczyła brwi.
- Proszę Pana... ten samolot odlatuje dzisiaj. Za godzinę.
Clint po mistrzowsku udał szok.
-Jak to?!- pochylił się nad papierkiem.- Och!-krzyknął.- Naprawę Panią przepraszam...
- I co teraz?
- Eryk, koniecznie musi być na spotkaniu organizacyjnym. Jutro by przyjechał po rzeczy dobrze? To naprawdę bardzo ważne...- Barton posłał kobiecie spojrzenie Hawkeye-cię-prosi-nie-możesz-odmówić.
- Dobrze. Ale jutro wrócicie?
- Tak Proszę Pani, oczywiście.
Pani Solberg skinęła głową.
- Zadzwonię do Eryka i spotka się z panem na lotnisku.
- Dziękuje. Do widzenia!
***
Clint westchnął z ulgą, zapinając pasy w samolocie. Obok niego siedział Eryk- wysoki i wysportowany (przyleciał z treningu piłki nożnej) dwunastolatek. Chłopak miał duże, niebieskie oczy i blond włosy z grzywką. Jak na razie wymienili tylko parę zdań, ale już z tego Hawkeye mógł wywnioskować, że Eryk jest miły, bystry i sympatyczny.
Kiedy poczuł, że maszyna oderwała się od ziemi lekko się skrzywił. Teraz trzeba było oswoić Norwega z myślą, że nie leci na wymianę.
- Hej...- zaczął.
-Tak?
- Eryk, jak być się poczuł, gdybyś się dowiedział, że nie lecimy na wymianę?
Chłopiec zbladł.
- Albo inaczej- Clint niemal słyszał w głowie kpiący głos Tashy ,,Nie ma co Barton, wyczucie to ty masz..." - Co czułbyś po za myślą ,,O kurde, porwali mnie"?
-Ym... Ja... Ja bym czuł przerażenie. Niepewność. Ciekawość. I walczył z samym sobą by cię nie kopnąć.- Świetnie. Bo...- Hawkeye nagle wyjął telefon i szybko wykręcił numer Wdowy.
~ Nat pomóż. Wyjaśnij mu wszystko!- i nie czekając na odpowiedź kobiety podał telefon Erykowi, który powoli zaczął zlewać się z białym fotelem- aż tak zbladł.
Po jakiś 10 minutach Norweg podał mu telefon, uśmiechając się słabo.
- Rozumiem- bąknął. Barton przyłożył słuchawkę do ucha.
~ Wielkie dzięki Tasha.
~ Nie ma za co.
~ A ty już znalazłaś tę dziewczynę?
~ Oczywiście- prychnęła.
Clint uśmiechnął się pod nosem i rozłączając się zerknął na zegarek. Wyrobił się w 2 i pół godziny.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz