niedziela, 26 kwietnia 2015

Rozdział 6

- Jak się nazywasz?
-Sammy.
- A masz może jakieś nazwisko?
-Może. 
Dr. Strange podniósł brwi. Był to wysoki mężczyzna, z bystrymi zielonymi oczami, czarnymi, włosami i charakterystyczną, krótką bródką i wąsikiem, tego samego kolory. Jego strój był dość... niezwykły. Czerwona peleryna z dużym kołnierzem, jakaś przyduża koszula, naszyjnik z okiem... Tak, zdecydowanie nie ubierał się za normalnie. Mimo to, wcale nie wyglądał śmiesznie. Wręcz przeciwnie- jak się na niego patrzyło, to nie widziało się człowieka wciśniętego w śmieszny kostium, rodem z jakiegoś starego filmu o czarodziejach. Widziało się potężnego, dostojnego, Najwyższego Maga, który gdyby chciał, mógłby cię zamienić w czajnik do herbaty. Sammy musiał przyznać, że czuł swojego rodzaju respekt do mężczyzny. Co nie znaczyło, że ma mu zaraz wygadać historię swojego życia.
- Twoi przyjaciele byli bardziej rozmowni- Dr. Strange podniósł brwi, po czym podszedł do regału, wyciągnął jakąś starą książkę i zaczął ją przeglądać.
- Przyjaciele? Załóżmy. Patricka znam od jakiś dwóch tygodni, a...Annie, tak? Poznałem dzisiaj, niemal przed chwilą- parsknął.
- Coś mi mówi, że nie przywiązujesz się zbytnio do ludzi, co?
- No.
- Nic dziwnego, patrząc na twój wcześniejszy styl życia. Od miasta, do miasta- skwitował mężczyzna, cały czas wertując książkę.
-No... Hej!Czy pan czytał mi w myślach?!- obruszył się nagle Sammy. Nic mu o swoich podróżach nie mówił! Ani jemu, ani... nikomu!
- Może tak- Strange odwrócił książkę, tak, że chłopak widział jej strony. Na kartkach błyszczały jakieś runy, a chłopiec nie mógł się pozbyć wrażenia, że to cała jego historia.
- A może i nie- dodał mag, zatrzaskując książkę i wkładając ją z powrotem na półkę.
- To było tam napisane?
- Zapomniałeś już Sammy? Jestem Najwyższym Magiem- i mam swoje sposoby.
***
- I jak Stephen? Dowiedziałeś się czegoś?- spytał Stark, kiedy tylko Mściciele i mag zostali sami w pokoju.
- Nie kłamią. HYDRA naprawdę ich uprowadziła. Patrick wcześniej mieszkał w Nowym Yorku, a Sammy znajdował się w okolicach Rzymu. 
- Jest Włochem?- zdziwił się Kapitan.
- Nie. Jak już wiecie- jest sierotą. Nie mieszkał jednak w sierocińcu, tylko od mniej więcej, 6 roku życia podróżował po świecie. 
- A co z tymi kamieniami?- spytał Clint.- Jeśli mówisz, że to prawda, to musi być 9 kamieni- i 9 dzieci.  
- Tak. Każde z tych dzieci, ma unikalną więź, ze swoim kamieniem. Jest ich 9, tak jak jest Dziewięć Królestw. 
- Asgard, Midgard, Vanaheim, Alfheim, Nidavellir, Jotunheim, Hel, Muspelheim i Svartalfeim- powiedział Thor. 
- Właśnie. Sammy i jego zielony kamień- Vanaheim. Patrick chyba Midgard, a Annie- Muspelheim. Po za tym- Dr. Strange pstryknął palcami i na ich końcu pojawił się płomień. Kiedy zgasł, mag trzymał w ręku kawałek pergaminu.- Tu macie dane reszty dzieci. HYDRA znalazła jeszcze tylko tej trójki- wskazał na trzy różne nazwiska.- Oni je szkolą, na śmiertelną broń.
- Skąd to wiesz?
- Chymn... można powiedzieć, że ,,podłączyłem" się pod te ich więź i wykryłem resztę.
- A czy oni- ci, którzy jeszcze nie są w szponach HYDRY- czy grozi im jakieś niebezpieczeństwo?- zapytał Bunner.
- Nie powinno- Strange potrząsnął przecząco głową.
- A da się tej więzi jakoś pozbyć?- spytała wreszcie Wdowa.
- Wszystkie dzieciaki muszą w tym samym momencie dotknąć swoich kamieni. Tylko tak.
- No dobra- Tony westchnął i razem z resztą Mścicieli wyszli z pokoju.- Gdzie są te dzieciaki?
- Clea- mag zajrzał do jednego z pomieszczeń. Sammy, Patrick i Annie patrzyli się jak urzeczeni na latające po całym pokoju małe, świetliste kulki.
- Tak?- dziewczyna stojąca na środku pokoju podniosła wzrok. Miała niebieskie oczy, kręcone, białe włosy i widać było, że to ona ,,produkuje" te światełka.
- Oni już muszą iść- odparł mag, starając się ukryć rozbawienie.
- Ach...- dziewczyna zmarszczyła śmiesznie nos.- Muszą?
-Tak- Strange zrobił jakiś nieokreślony gest ręką i wszystkie kulki znikły.
-Ejjj...- oburzyła się Annie.
- Chodźcie wycieczka, idziemy.
***
- HYDRA nie ma Japonki, Norwega i Polki- podsumował Steve, kiedy już wszyscy znaleźli się w Avengers Tower.- Norweg ma 12 lat, Polka 11, a Japonka jest płatną, dziewiętnastoletnią zabójczynią. 
- Najlepiej by było gdybyśmy zgarnęli najpierw tych... normalnych- podsumował Iron Man wyszukując informacje o pozostałych obdarzonych- jak ich teraz w myślach nazywał.
- Drobiazg- skwitowała Natasha, odbierając tablet od Kapitana. 
- Bardziej niż drobiazg- dodał Clint.
- Chcecie mi powiedzieć, że dacie radę sprowadzić te dzieciaki tutaj?- Stark wychylił się zza ekranu.
- Oczywiście...- parsknął Barton.
- Dajcie nam...- kontynuowała Wdowa.
- Trzy godziny- powiedzieli jednocześnie.

środa, 22 kwietnia 2015

Problemy

Problem. ,,Jaki konkretnie?" - możecie spytać.  Nie za fajny. Po prostu ostatnio internet i ogólnie komputer mi szwankuje. Dlatego w najbliższym czasie raczej nie ukaże się nowy rozdział. :/ Postaram się to dość szybko naprawić.

wtorek, 7 kwietnia 2015

Rozdział 5

Bruce owinął się szczelniej kurtką. Po naradzie z resztą Mścicieli, niemal natychmiast opuścił Avengers Tower. Tak, zdecydowanie musiał zabrać kogoś jeszcze go Doktora Strange'a.
Skręcił w jedną z mniejszych uliczek i wszedł do szarej, niczym nie wyróżniającej się kamienicy. Wbiegł po schodach na pierwsze piętro i zadzwonił dzwonkiem, do jednego z mieszkań. Po chwili drzwi otworzyły się i stanęła w nich Betty.
- O, Bruce- zdziwiła się. Długie, brązowe włosy, miała związane w luźny kucyk, a jej niebieskie oczy przypatrywały mu się z ciekawością. Cóż, ostatnio rzadko tu bywał.
- Cześć- bąknął lekko zawstydzony. Nie kontaktował się z nią dobre kilka miesięcy, a teraz bez zapowiedzi pojawia się przed drzwiami. Ale miał powód.- jest Annie?
Betty przytaknęła, cały czas mierząc go badawczym spojrzeniem, przesunęła się i wskazała na pokój dziewczynki.
Mężczyzna skinął głową, cały czas przepraszająco się uśmiechając i wszedł do mieszkania. Było dość skromnie urządzone, ale przytulne i miłe. Bruce pamiętał, że jeśli człowiek się mocno wychyli z okna, ma świetny widok, na znajdujący się niedaleko park.
- Mamo, kto przyszedł?- zza drzwi wychyliła się Annie. Kiedy tylko zobaczyła gościa, rozpromieniła się i pobiegła go przytulić.- Wujek Bruce!
Mężczyzna uśmiechnął się ciepło i pogłaskał ośmiolatkę po głowie. Annie miała krótkie, brązowe włosy, oraz duże oczy, tego samego koloru. Na lekko zadartym nosie, widać było kilka piegów, a kiedy dziewczynka uśmiechała się, w policzka robiły jej się zabawne dołeczki.
- Dawno cię tu wujku nie było- stwierdziła po chwili.
- Wiem, przepraszam. Ale miałem kilka naprawdę ważnych spraw do załatwienia.
- A wiesz wujku, że założyłam farmę dżdżownic? Nawet 3! I każda kolonia, żyję w innych warunkach! I....- nawijała jak najęta, wyraźnie podekscytowana.
- Super- zaśmiał się.- To może mi je teraz pokażesz?
- Oczywiście!- zaćwierkała i pobiegła do swojego pokoju. W tym czasie Bruce szybko spytał Betty:
- Dalej ma to znamię?
- Tak, a co?
- Już chyba wiem co to jest.
- Naprawdę? Od czego to ma?
- To... skomplikowane. Ale chciałbym ją gdzieś zabrać, bo muszę się upewnić.
- A gdzie?
- Betty, to naprawdę skomplikowane.
- Ale mam prawo wiedzieć.
- Tak, ale...
- Bruce, jestem jej matką!
- A ja jestem ojcem!
Pomiędzy dorosłymi zapadła niezręczna cisza. Tak, Bunner był ojcem Annie. Ona oczywiście o tym nie wiedziała, z jej punktu widzenia nigdy taty nie miała. Dlatego Bruce, który postanowił jednak utrzymywać z nią kontakty, był tylko ( a może ) wujkiem.
- Wujek!- do salonu wróciła Annie, dźwigając pod pachą sporej wielkości terrarium na dżdżownice, a w rękach trzymając drugie. Na szczęście nie usłyszała rozmowy, która miała przed chwilą miejsce.
- Patrz Wujku, to Bob, to Jenny, to Ken....- zaczęła wymieniać, wskazując na poszczególne owady.
- Naprawdę je nazywasz?- naukowiec podniósł brwi.
- Nie- dziewczynka wybuchła śmiechem.- Nabrałam cię!
Mężczyzna uśmiechnął się lekko rozbawiony, ale nie żartem dziewczynki, a jej zachowaniem. Była urocza. Zabawna. I kompletnie do niego nie podobna.
Następne 20 minut, Annie świergotała, o różnicach w komórkach dżdżownic żyjących w słońcu i zaciemnieniu. Po tym czasie Bruce uznał, że (niestety) musi już wracać.
Zdjął z kolan teczkę, zawierającą zdjęcia.... no, różnych rzeczy, wstał i powiedział:
- To ja będę się już...
- Annie, dzisiaj śpisz u Wujka!- nagle oznajmiła Betty, posyłając mu jednocześnie spojrzenie mówiące: Jak chcesz się nią zająć, to już na pełen etat.
- Naprawdę?! Super!!!- rozpromieniła się Annie.
- No...  pójdziemy na wycieczkę. I znów spotkasz się z wujkiem Tony'm.
- Super! A czy będzie też Pan Richards i Pan Pym?
- Nie, niestety dzisiaj ich nie będzie.
- A gdzie pójdziemy?- dziewczynka zmieniła temat.
- Zobaczysz. A teraz idź się ubierać.
- A co z ubraniami?- - przechyliła pytająco główkę.
- Przyniosę ci- powiedziała Betty, po czym spojrzała na Bruce'a.- Avengers Tower, tak?
Skinął głową, jednocześnie podając Annie kurtkę. Po chwili mała była już na klatce schodowej.
- Powiesz mi, kiedy już będziesz wiedział co to jest?- zatrzymała go w drzwiach.
- Oczywiście.
- Myślisz, że to coś groźnego?- kobieta spojrzała z troską, na próbującą zjeżdżać na poręczy schodów Annie.
- Nie wiem. Na pewno nic naturalnego.
- Powodzenia- Betty pocałowała go w policzek i zamknęła drzwi. Bruce jeszcze przez chwilę patrzył się w błyszczącą, srebrną 3 na drzwiach mieszkania, po czym obrócił się do Annie i powiedział:
-Chodź Ann.
Dziewczynka złapała go za rękę i posłusznie za nim dreptała.
-A gdzie idziemy?
- Do takiego Pana co cię zbada.
- Idziemy do lekarza?- przystanęła zdziwiona.- A ty nie możesz mnie Wujku zbadać?
-Nie do końca. To...- westchnął.- Pamiętasz jak miałem sprawdzić to twoje nowe znamię?
-Tak- Annie przytaknęła i podwinęła lekko rękaw, pokazując znak niemal identyczny to tych co mieli ci dwaj chłopcy.
- Wtedy mówiłem, że to nic. Ale jednak to coś. I ten Pan, powie nam co to. Razem z nami, będzie tam jeszcze dwóch chłopców, troszkę starszych od ciebie, dobrze?
-Dobrze!
-A i jeszcze jedno...- dodał, kiedy dotarli już pod Sanctum Sanctorum.
- Tak Wujku?
-Pamiętasz jak mówiłem, że magia nie istnieje?
Dziewczynka przytaknęła.
- Tutaj jest trochę inaczej.